Krytyka nie motywuje, tak jak bicie nie wychowuje

 

Photo by rocknwool on Unsplash


Tresura jako forma wychowawcza. W rodzinie, w szkole, w miejscu pracy. Świat się zmienia, niezmienne pozostają nasze błędy. Ale ich niezmienność nie wynika z braku możliwości działania. Część nawyków stanowi bagaż dzieciństwa, część to nasza własna inicjatywa. Pierwsze zmienia się z trudem, choć jest to możliwe. Drugie w pełni podlegają naszemu działaniu. Może warto podjąć to wyzwanie?


Wiara w motywującą moc krytyki towarzyszy nam od wieków. W domach rodzinnych uprawiana jest pod pozorem procesów wychowawczych. W szkołach nazywa się ją nadzorem pedagogicznym, a w miejscach pracy - feedbackiem. Zmiana nazwy nie zmieni jednak natury zjawiska: krytykujemy zamiast motywować. Bo tak jest łatwiej. I tak podkreśla się dominację oraz władzę. Wciąż więc zapominamy, że motywacja otwiera, napędza i dodaje energii, a nie ogranicza i zamyka w wyrazach braku akceptacji.


Co robią poloniści...?

Nauczycieli języka polskiego obowiązuje od lat mądra reguła: gdy oceniają pracę pisemną, w ocenie opisowej w pierwszej kolejności podkreślają wszystkie zalety wypracowania. I to one mają stanowić dominantę, nawet przy niezbyt wysokiej nocie, która zagości w dzienniku przy nazwisku ucznia. Wady oraz błędy powinny zostać wskazane w sposób konkretny, krótki i najlepiej uzupełniony o wskazówki, jak je poprawić. Trudno określić, jak często zasada ta jest praktykowana, ale jej idea jest słuszna.

 

Manipulacja, ale... korzystna

Czasem naprawdę trzeba się natrudzić, aby wyciągnąć z wypracowania motywujący przekaz dla ucznia. Nieraz trzeba tego dokonać z dyskretnym... podciągnięciem zalet jego pracy. Tak jak podczas lekcji lub szkolenia, gdy nawet błędną odpowiedź podsumowujemy podziękowaniem (a kto potrafi, także przeformułowaniem jej w sposób umożliwiający zasugerowanie bliskość niepoprawnej odpowiedzi z jej prawidłową treścią). Wszystko po to, by nie zablokować, lecz zaktywizować ucznia.

 

Kolejność ma znaczenie

W braku krytyki nie chodzi bowiem o to, by pogłaskać po głowie i powiedzieć: "Ojej, jak pięknie zbiłeś cukierniczkę prababci! Moje Kochanie, nikt nie zrobiłby tego tak cudownie jak Ty!". Rzecz w odpowiednim nastawieniu oraz rozłożeniu akcentów. Bo tak jak jeden błąd interpunkcyjny może całkowicie zmienić treść zdania, tak samo kolejność i sposób wypowiadania uwag potrafi zachęcić do działania lub systematycznie blokować - odbierać inicjatywę oraz izolować w poczuciu winy.


Nasza cudowna niepamięć...

Rzecz jasna nie wyłączymy krytyki z naszej codzienności. Bo nie pozbędziemy się ludzkich odruchów. A te każą nam wciąż porównywać się wzajemnie i szukać swoich przewag. Krytykujemy bowiem głównie dla zbudowania w sobie poczucia wyższości. Jeśli podkreślimy czyjś błąd, ma to przecież zasugerować, iż sami takiego błędu byśmy nie popełnili. A gdy nam się zdarzy (ponieważ większość błędów perfekcyjnie współdzielimy z ogółem ludzkości), nie pamiętamy własnych krytycznych opinii.


Konstruktywnie też bywa

Jest też krytyka wynikająca z poczucia krzywdy - ona ma stanowić zarazem akt oskarżenia i obrony. Dowiedzenia czyjejś winy i uwolnienia się od niej samemu. Znamy również krytykę wynikającą z niezgody, z oburzenia czyimś postępowaniem, ze zdumienia wspartego dezaprobatą. I tę płynącą z obaw o kogoś nam bliskiego. Kiedy zatem ktoś wspomina o krytyce konstruktywnej, nie zawsze próbuje skryć pod nią mniej przyjazne przesłanki. Choć zdarza się to częściej niż chcielibyśmy przyznać.


Rzemień i słowo

Jednak w rodzinie, w szkole czy w miejscu pracy - nie należy przypisywać krytyce wartości, jakich zdecydowanie nie posiada. Zamiana rzemiennej dyscypliny, którą biło się ucznia po łydkach, na równie bolesne słowa - nie przyniesie efektu motywującego. Bo strach przed karą nie motywuje do rozwoju, lecz skłania do udoskonalania mechanizmów obronnych. Ma w sobie ogromny potencjał spychania nas i naszego pragnienia rozwoju do defensywy, nie zaś do ofensywnego poszukiwania oraz starań.


Klatka nie zachęca

Krytyka w szkole czy w miejscu pracy to stresor, a nie motywator. Wiedzą o tym zarówno młodzi ludzie w szkołach, jak i dorośli pracownicy przeróżnych organizacji. Zapominają zaś o tej prostej prawdzie nauczyciele, szefowie i - to najbardziej niezwykłe - HR-owcy. W pracy rozwojowej i kreatywnej, w działaniach wymagających od nas otwartości umysłu, w budowaniu doświadczeń życiowych, w każdych okolicznościach tego typu doświadczanie krytyki zamyka nas w klatce obaw.

 

Wiecznie niedoskonali

Oceny okresowe w miejscu pracy. Oceny zachowania uczniów. Ocena postępowania dziecka oraz partnera. Ocena rodzica, babci, dziadka, koleżanki, kolegi, szefa, współpracownika, dziewczyny, chłopaka, żony, męża, księdza i choćby hydraulika - wciąż obudowuje nas bodźcami wskazującymi na naszą niedoskonałość. Niezmiennie i nieprzerwanie absorbuje uwagę, nawet gdy czyni to ponad progiem świadomego odbioru. I wciska w ziemię, budząc całą gamę negatywnych reakcji.


Umiejętność dostrzegania

Krytyki doświadczamy zawsze i zewsząd. Nauczyliśmy się z nią żyć. Nie lubimy jej jak zimnego deszczu, ale wiemy, że nawet rozłożysty parasol w pełni przed nim nie uchroni. I trudno, tak już jest. Ale nie powinniśmy się poddawać tam, gdzie sami mamy wpływ na tworzony przekaz. Choć to niełatwe, zawsze możemy wzbogacić swoje doświadczenie wychowawcze czy zawodowe o próbę podkreślania pozytywów. Dostrzegania drobnych sukcesów lub ich nieśmiałych przebłysków.


Obezwładniać czy zachęcać?

Nie zmienimy tego, co dociera do nas z zewnątrz. Mamy jednak moc zmieniania tego, co wypływa z naszego wnętrza. Możemy więc nauczyć czegoś dzieci i uczniów, a współpracownikom oraz przełożonym dowieść swym zachowaniem, że można motywować bez przesadnej potrzeby zaznaczania dominacji. Że można powiedzieć komuś, co źle zrobił - w taki sposób, aby chciał to zrobić lepiej, a nie by wina, poczucie niesprawiedliwości lub bezradność obezwładniały go w działaniu jeszcze bardziej.


Zobojętniały standard

Istotą rzeczy jest umiejętność słuchania i dostrzegania, nie tylko słyszenia i widzenia. Gdy nauczymy się zauważać pozytywy, podkreślać je, akcentować, stawiać na najwyższym miejscu podium, częściej rozbudzimy w kimś głód sukcesu i wiary w zasadność podejmowania wysiłku. Bo krytyka, powtarzalna i znana już po sam rdzeń, nie tyko nie uczy, nie tylko staje się nieprzyjemnym standardem: ona zobojętnia oraz skłania do wygrzebania sobie jamy, w której skryjemy się przed wieczną dezaprobatą.


Na tym nam zależy...?

A czy chcielibyśmy, aby nasze dzieci uciekały przed nami do swoich domowych jaskiń, norek wykopanych w ogródkach i bezpiecznych przystani u koleżanek oraz kolegów? Pragniemy, aby partnerzy skrywali się w hobby, jak najodleglejszym od nas? Albo w pracy, przedłużanej tylko po to, by za wcześnie nie wrócić do domu? Oczekujemy, że pracownicy zamykać się będą w biurach i kanciapach ze szczotkami, byleby uniknąć konieczności prowadzenia rozmowy z szefem...?


Krytyka nie równa się zaangażowaniu

Pewnie, że nie chcemy. Może więc czas najwyższy przepracować w sobie ten temat? Brak powielanej krytyki nie oznacza braku rodzicielskiego zainteresowania. Nie świadczy o obojętności względem bliskich. Nie dowodzi słabości menadżera. Gdy jest celowym wyborem, świadomym trudów takiej postawy, przynosi korzyści naszemu otoczeniu i nam samym. Tam gdzie budowanie relacji stanowi priorytet, warto nauczyć się wznosić je na fundamencie akceptacji. To po prostu lepiej działa.


Jeśli chcesz dać komuś więcej siebie, podaruj mu więcej swojego zrozumienia. (Photo by rocknwool on Unsplash)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gdy pokolenie "Bravo Girl" zakłada "Wysokie obcasy"