Krytyka nie motywuje, tak jak bicie nie wychowuje
![]() |
Tresura jako forma wychowawcza. W rodzinie, w szkole, w miejscu pracy. Świat się zmienia, niezmienne pozostają nasze
błędy. Ale ich niezmienność nie wynika z braku możliwości działania. Część nawyków stanowi bagaż dzieciństwa, część to nasza własna inicjatywa. Pierwsze zmienia się z trudem, choć jest to możliwe. Drugie w pełni podlegają naszemu działaniu. Może warto podjąć to wyzwanie?
Wiara w motywującą moc krytyki towarzyszy nam od wieków. W domach rodzinnych uprawiana jest pod pozorem procesów wychowawczych. W szkołach nazywa się ją nadzorem pedagogicznym, a w miejscach pracy - feedbackiem. Zmiana nazwy nie zmieni jednak natury zjawiska: krytykujemy zamiast motywować. Bo tak jest łatwiej. I tak podkreśla się dominację oraz władzę. Wciąż więc zapominamy, że motywacja otwiera, napędza i dodaje energii, a nie ogranicza i zamyka w wyrazach braku akceptacji.
Co robią poloniści...?
Nauczycieli języka polskiego obowiązuje od lat mądra reguła: gdy oceniają pracę pisemną, w ocenie opisowej w pierwszej kolejności podkreślają wszystkie zalety wypracowania. I to one mają stanowić dominantę, nawet przy niezbyt wysokiej nocie, która zagości w dzienniku przy nazwisku ucznia. Wady oraz błędy powinny zostać wskazane w sposób konkretny, krótki i najlepiej uzupełniony o wskazówki, jak je poprawić. Trudno określić, jak często zasada ta jest praktykowana, ale jej idea jest słuszna.
Manipulacja, ale... korzystna
Czasem naprawdę trzeba się natrudzić, aby wyciągnąć z wypracowania motywujący przekaz dla ucznia. Nieraz trzeba tego dokonać z dyskretnym... podciągnięciem zalet jego pracy. Tak jak podczas lekcji lub szkolenia, gdy nawet błędną odpowiedź podsumowujemy podziękowaniem (a kto potrafi, także przeformułowaniem jej w sposób umożliwiający zasugerowanie bliskość niepoprawnej odpowiedzi z jej prawidłową treścią). Wszystko po to, by nie zablokować, lecz zaktywizować ucznia.
Kolejność ma znaczenie
W braku krytyki nie chodzi bowiem o to, by pogłaskać po głowie i powiedzieć: "Ojej, jak pięknie zbiłeś cukierniczkę prababci! Moje Kochanie, nikt nie zrobiłby tego tak cudownie jak Ty!". Rzecz w odpowiednim nastawieniu oraz rozłożeniu akcentów. Bo tak jak jeden błąd interpunkcyjny może całkowicie zmienić treść zdania, tak samo kolejność i sposób wypowiadania uwag potrafi zachęcić do działania lub systematycznie blokować - odbierać inicjatywę oraz izolować w poczuciu winy.
Nasza cudowna niepamięć...
Rzecz jasna nie wyłączymy krytyki z naszej codzienności. Bo nie pozbędziemy się ludzkich odruchów. A te każą nam wciąż porównywać się wzajemnie i szukać swoich przewag. Krytykujemy bowiem głównie dla zbudowania w sobie poczucia wyższości. Jeśli podkreślimy czyjś błąd, ma to przecież zasugerować, iż sami takiego błędu byśmy nie popełnili. A gdy nam się zdarzy (ponieważ większość błędów perfekcyjnie współdzielimy z ogółem ludzkości), nie pamiętamy własnych krytycznych opinii.
Konstruktywnie też bywa
Jest też krytyka wynikająca z poczucia krzywdy - ona ma stanowić zarazem akt oskarżenia i obrony. Dowiedzenia czyjejś winy i uwolnienia się od niej samemu. Znamy również krytykę wynikającą z niezgody, z oburzenia czyimś postępowaniem, ze zdumienia wspartego dezaprobatą. I tę płynącą z obaw o kogoś nam bliskiego. Kiedy zatem ktoś wspomina o krytyce konstruktywnej, nie zawsze próbuje skryć pod nią mniej przyjazne przesłanki. Choć zdarza się to częściej niż chcielibyśmy przyznać.
Rzemień i słowo
Jednak w rodzinie, w szkole czy w miejscu pracy - nie należy przypisywać krytyce wartości, jakich zdecydowanie nie posiada. Zamiana rzemiennej dyscypliny, którą biło się ucznia po łydkach, na równie bolesne słowa - nie przyniesie efektu motywującego. Bo strach przed karą nie motywuje do rozwoju, lecz skłania do udoskonalania mechanizmów obronnych. Ma w sobie ogromny potencjał spychania nas i naszego pragnienia rozwoju do defensywy, nie zaś do ofensywnego poszukiwania oraz starań.
Klatka nie zachęca
Krytyka w szkole czy w miejscu pracy to stresor, a nie motywator. Wiedzą o tym
zarówno młodzi ludzie w szkołach, jak i dorośli pracownicy przeróżnych
organizacji. Zapominają zaś o tej prostej prawdzie nauczyciele, szefowie i -
to najbardziej niezwykłe - HR-owcy. W pracy rozwojowej i kreatywnej, w
działaniach wymagających od nas otwartości umysłu, w budowaniu doświadczeń
życiowych, w każdych okolicznościach tego typu doświadczanie krytyki zamyka nas
w klatce obaw.
Wiecznie niedoskonali
Oceny okresowe w miejscu pracy. Oceny zachowania uczniów. Ocena postępowania dziecka oraz partnera. Ocena rodzica, babci, dziadka, koleżanki, kolegi, szefa, współpracownika, dziewczyny, chłopaka, żony, męża, księdza i choćby hydraulika - wciąż obudowuje nas bodźcami wskazującymi na naszą niedoskonałość. Niezmiennie i nieprzerwanie absorbuje uwagę, nawet gdy czyni to ponad progiem świadomego odbioru. I wciska w ziemię, budząc całą gamę negatywnych reakcji.
Umiejętność dostrzegania
Krytyki doświadczamy zawsze i zewsząd. Nauczyliśmy się z nią żyć. Nie lubimy jej jak zimnego deszczu, ale wiemy, że nawet rozłożysty parasol w pełni przed nim nie uchroni. I trudno, tak już jest. Ale nie powinniśmy się poddawać tam, gdzie sami mamy wpływ na tworzony przekaz. Choć to niełatwe, zawsze możemy wzbogacić swoje doświadczenie wychowawcze czy zawodowe o próbę podkreślania pozytywów. Dostrzegania drobnych sukcesów lub ich nieśmiałych przebłysków.
Obezwładniać czy zachęcać?
Nie zmienimy tego, co dociera do nas z zewnątrz. Mamy jednak moc zmieniania tego, co wypływa z naszego wnętrza. Możemy więc nauczyć czegoś dzieci i uczniów, a współpracownikom oraz przełożonym dowieść swym zachowaniem, że można motywować bez przesadnej potrzeby zaznaczania dominacji. Że można powiedzieć komuś, co źle zrobił - w taki sposób, aby chciał to zrobić lepiej, a nie by wina, poczucie niesprawiedliwości lub bezradność obezwładniały go w działaniu jeszcze bardziej.
Zobojętniały standard
Istotą rzeczy jest umiejętność słuchania i dostrzegania, nie tylko słyszenia i widzenia. Gdy nauczymy się zauważać pozytywy, podkreślać je, akcentować, stawiać na najwyższym miejscu podium, częściej rozbudzimy w kimś głód sukcesu i wiary w zasadność podejmowania wysiłku. Bo krytyka, powtarzalna i znana już po sam rdzeń, nie tyko nie uczy, nie tylko staje się nieprzyjemnym standardem: ona zobojętnia oraz skłania do wygrzebania sobie jamy, w której skryjemy się przed wieczną dezaprobatą.
Na tym nam zależy...?
A czy chcielibyśmy, aby nasze dzieci uciekały przed nami do swoich domowych jaskiń, norek wykopanych w ogródkach i bezpiecznych przystani u koleżanek oraz kolegów? Pragniemy, aby partnerzy skrywali się w hobby, jak najodleglejszym od nas? Albo w pracy, przedłużanej tylko po to, by za wcześnie nie wrócić do domu? Oczekujemy, że pracownicy zamykać się będą w biurach i kanciapach ze szczotkami, byleby uniknąć konieczności prowadzenia rozmowy z szefem...?
Krytyka nie równa się zaangażowaniu
Pewnie, że nie chcemy. Może więc czas najwyższy przepracować w sobie ten temat? Brak powielanej krytyki nie oznacza braku rodzicielskiego zainteresowania. Nie świadczy o obojętności względem bliskich. Nie dowodzi słabości menadżera. Gdy jest celowym wyborem, świadomym trudów takiej postawy, przynosi korzyści naszemu otoczeniu i nam samym. Tam gdzie budowanie relacji stanowi priorytet, warto nauczyć się wznosić je na fundamencie akceptacji. To po prostu lepiej działa.
Jeśli chcesz dać komuś więcej siebie, podaruj mu więcej swojego zrozumienia. (Photo by rocknwool on Unsplash)

Komentarze
Prześlij komentarz
Jeśli chcesz skomentować, musisz się pogodzić z nietypowymi zasadami.
Pierwsza: wszystkie komentarze są moderowane - nie lubię linków kierujących do obcych stron, nie akceptuję obrażania komentujących przez inne osoby zamieszczające komentarze. Zaczekaj cierpliwie na pojawienie się komentarza. Albo nie pisz, jeśli nie odpowiada Ci się, że dbam o higienę dyskusji.
Druga: podoba Ci się to czy nie, to ja prowadzę tę stronę. I to ja decyduję, jak ona wygląda oraz jak brzmią teksty. Możesz krytykować, nie przeszkadza mi taka reakcja, jak długo robisz to względnie przyzwoicie. Ale nie licz na skuteczność prób wymuszenia na mnie zmian, z którymi sam bym się nie zgadzał. Chcesz, aby było inaczej...? Mogę Ci pomóc założyć Twój własny blog.
Trzecia: wchodzisz właśnie do cudzego domu - i bynajmniej nie jest to dom publiczny, choć pozostaje otwarty. Przygotuj się więc na to, że gdy rzucisz zabłocone obuwie na środek salonu, gospodarz wymownie oraz stanowczo zwróci Ci na to uwagę.
Czwarta: nic mi nie dajesz, nie przynosisz żadnego podarunku. Wielu mniej doświadczonych użytkowników sieci uważa, że samą swoją obecnością na tej lub innej stronie gratyfikują jej autora. To błędne założenie. Nie sięgasz do kieszeni, aby zapłacić za prenumeratę, pozostaw zatem w kieszeni swoje ewentualne roszczenia. Na uwagi typu: "Jak nie będzie tak jak chcę, to pójdę gdzie indziej" moja odpowiedź zawsze będzie brzmieć tak samo: "Szerokiej drogi, Przyjacielu".
Piąta (i ostatnia): masz pełne i niepodważalne prawo nie zgadzać się ze mną, zachować własne zdanie, całkowicie odrzucić moje uwagi i wyrażone przekonania. Dla mnie to oczywiste, nie jestem aż tak nierozsądny, by przypisywać sobie choćby namiastkę mądrości. Jeżeli jednak dzielisz się swoją opinią, bądź gotów na to, że i ja się nią podzielę. Ty nie masz obowiązku przychylnie traktować moich słów. Ja nie mam obowiązku wysmarowywać się dla Ciebie wazeliną. Zachowajmy szacunek dla naszych indywidualnych praw. Nawet gdy nasze opinie będą w kategorycznej opozycji względem siebie.
PS Czasami i od lat zdarza się, że ktoś zwraca mi uwagę na kategoryczny ton wypowiedzi. Faktycznie, bywa taki. Przypadłość nauczyciela, szkoleniowca i człowieka, który mówi lub pisze tylko wtedy, gdy wreszcie zdołał samego siebie przekonać, że jego słowa mają względny sens. Natomiast z całą mocą pragnę podkreślić, że ten ton nie oznacza braku szacunku dla rozmówcy. Jeśli mnie znasz, to wiesz. Jeśli nie znasz, możesz tylko uwierzyć. Lub nie.