Pandemia bez-duszności: jak COVID nas obnażył?
![]() |
Pojawieniu się nowego, globalnego zagrożenia towarzyszyły różne reakcje. Typowe dla sytuacji kryzysowej: lęk, umniejszanie, niedowierzanie, wyparcie. Także elementy przesadzonych odruchów, czyli hiperbolizacja. Ale zaistniał również model zachowań, który obnażył nas, odarł ze społecznych kreacji i wyraźnie dowiódł niespójności między naszymi deklaracjami a postępowaniem.
Choć jak zawsze w kryzysie, pojawiły się także reakcje przeciwne, pełne altruizmu i zaangażowania w dzieleniu się sobą z potrzebującymi. Wyrazy zrozumienia, że nie tylko sami mamy jakieś znaczenie na tym świecie. Że liczą się inni, a my liczymy się z nimi. Choć były to zachowania zmienne, niektóre chwilowe, z czasem modyfikowane, ważne jest to, że były. Bo gdyby nie zaistniały, naprawdę nie byłoby już na czym oprzeć nawet tej naiwnej, złudnej wiary w ludzi i ich umiejętność życia.
Chwilowa wspólnota interesów
Zacznijmy od stwierdzenia faktu: sprzeciw i argumentacja antycovidowa nie zrodziły się w chwili uzyskania informacji o wirusie, który potrafi być bardzo zjadliwy. Przeciwnie, doświadczyliśmy na początku budującej konsolidacji społecznej: szycie masek dla pracowników służby zdrowia, pomoc udzielana osobom poddającym się dobrowolnej izolacji, akcje informacyjne i modyfikacja zachowań. Można było odnieść wrażenie, że dojrzałe społeczeństwo faktycznie dojrzale zareagowało.
Co nas odmieniło...?
Raptem pojawiła się szczelina w tym monolicie wsparcia. I szybko zamieniła się w nieprzebytą rozpadlinę. Co spowodowało tak radykalną zmianę? Nie nowe wiadomości. Nie przekazy medialne. Nawet nie brak zakażeń w najbliższym otoczeniu wielu z nas. Fala gniewu, złości, zaprzeczenia oraz niezgody pojawiła się w chwili... wprowadzenia obowiązku noszenia maseczek. Naraz okazało się, że potrafimy znieść wiele, ale pod warunkiem, że ograniczenie nie dotyczy nas bezpośrednio.
Jaka była kolejność?
I przekonaliśmy się, że kiedy sami doświadczamy restrykcji, choćby drobnych, nasza cierpliwość oraz solidarność błyskawicznie znikają. Bo antymaseczkowy zbiorowy sprzeciw sporej części Polaków miał swój początek zanim poznaliśmy specyfikę działania wirusa, model rozprzestrzeniania się zakażeń oraz skutki i skalę zachorowań. Nie mieliśmy jeszcze dość wiedzy - poza tą, że najbardziej narażone na poważne konsekwencje zakażenia są osoby wiekowe oraz cierpiące na różne choroby.
Mobilizacja przeciw zobowiązaniu
I tu właśnie tkwi najsilniejszy wyraz naszej porażki. Tu przegraliśmy, dowodząc niezmienności natury człowieka - istoty skoncentrowanej na sobie i żyjącej dla siebie. Mimo pozorów stadności, zwanej elegancko "życiem społecznym", naraz pojawili się głosiciele zniewolenia, odkrywcy globalnego spisku, kanapowe autorytety medyczne - objawiające się niespodzianie w setkach tysięcy miejsc w kraju. Nieznane zagrożenie nie zmobilizowało nikogo tak bardzo jak dokonały tego maseczki...
Rozdwojenie wyobraźni
Odpuśćmy spór, który toczy się do dziś niemal wszędzie: przeciwnicy wirusa, twierdzący, że realnie wcale on nie istnieje, czują się zobowiązani do poinformowania o swojej postawie wszędzie gdzie tylko mogą. Tej dyskusji toczyć nie warto. Warto za to zatrzymać w pamięci, że gdy zimą miesiącami chodzimy z twarzami zasłoniętymi szalikiem, chustą, puchatym kołnierzem, kominem lub kominiarką - nie widzimy w tym zagrożenia. Gdy jednak mieliśmy to samo zrobić dla ochrony słabszych...
Inni nie są dość ważni
Nie wiedząc jeszcze nic o specyfice choroby, ale czując dyskomfort z powodu nakazu zasłaniania twarzy i nosa, uznaliśmy, że w imię własnej wygody możemy narazić życie starszych, zagrozić zdrowiu słabszych, zlekceważyć obowiązujące prawo i zasady społecznego współistnienia. Wszystko to rozpoczęło się ZANIM pojawiły się pierwsze doniesienia o sposobie zakupu masek przez instytucje rządowe. W czasie, gdy dominującym przekazem były wiadomości o rosnącej liczbie ofiar.
Maska jako symbol wolności
I jest w tym swoisty paradoks. Bo za co miliony ludzi na świecie pokochały "Dom z papieru" i jego zamaskowanych głównych bohaterów? Jakim respektem i niespecjalnie utajoną sympatią darzyliśmy społecznych hakerów, skrywających się pod maską upamiętniającą Guya Fawkesa? I żołnierzy na misjach, chroniących się maskami przed wszechobecnym pyłem. I chirurgów, którzy pracując w maskach dzień po dniu, spędzali w nich kilkanaście razy więcej czasu niż my w tygodniu?
Masko jako akt zniewolenia
Pokochaliśmy i obdarzyliśmy szacunkiem anonimowych bohaterów, wyobrażonych i realnych obrońców wolności, akceptując, że maskowali się, by chronić swą tożsamość przed identyfikacją lub zadbać o bezpieczeństwo operowanych pacjentów. Nagle jednak, w mgnieniu oka, maska symbolizująca wcześniej niezależność, wolność, bezpieczeństwo, walkę z manipulacją lub groźnymi, realnymi przeciwnikami - zaczęła być kojarzona z wartościami przeciwnymi.
Wystarczy tak niewiele :(
Dlaczego...? Bo tym razem to my musieliśmy ją nosić. A okazało się, że wcale nie jest to wygodne, przyjemne, komfortowe. I to wystarczyło, abyśmy stworzyli listę racjonalizujących argumentów, ostrzeżeń, zagrożeń, paramedycznych teorii i iluzji. Sam wirus przestał mieć znaczenie. Pamięć i sprzeciw skupiały się na nakazie zasłaniania twarzy. Warto zachować tę myśl na przyszłość. Nawet zamknięcie firm nie wzbudziło tyle emocji ile wątła, lekka, ale obowiązkowa maseczka...
Koegzystencja nigdy nie była łatwa. I nie będzie. (Photo by Rod Long on Unsplash)

Komentarze
Prześlij komentarz
Jeśli chcesz skomentować, musisz się pogodzić z nietypowymi zasadami.
Pierwsza: wszystkie komentarze są moderowane - nie lubię linków kierujących do obcych stron, nie akceptuję obrażania komentujących przez inne osoby zamieszczające komentarze. Zaczekaj cierpliwie na pojawienie się komentarza. Albo nie pisz, jeśli nie odpowiada Ci się, że dbam o higienę dyskusji.
Druga: podoba Ci się to czy nie, to ja prowadzę tę stronę. I to ja decyduję, jak ona wygląda oraz jak brzmią teksty. Możesz krytykować, nie przeszkadza mi taka reakcja, jak długo robisz to względnie przyzwoicie. Ale nie licz na skuteczność prób wymuszenia na mnie zmian, z którymi sam bym się nie zgadzał. Chcesz, aby było inaczej...? Mogę Ci pomóc założyć Twój własny blog.
Trzecia: wchodzisz właśnie do cudzego domu - i bynajmniej nie jest to dom publiczny, choć pozostaje otwarty. Przygotuj się więc na to, że gdy rzucisz zabłocone obuwie na środek salonu, gospodarz wymownie oraz stanowczo zwróci Ci na to uwagę.
Czwarta: nic mi nie dajesz, nie przynosisz żadnego podarunku. Wielu mniej doświadczonych użytkowników sieci uważa, że samą swoją obecnością na tej lub innej stronie gratyfikują jej autora. To błędne założenie. Nie sięgasz do kieszeni, aby zapłacić za prenumeratę, pozostaw zatem w kieszeni swoje ewentualne roszczenia. Na uwagi typu: "Jak nie będzie tak jak chcę, to pójdę gdzie indziej" moja odpowiedź zawsze będzie brzmieć tak samo: "Szerokiej drogi, Przyjacielu".
Piąta (i ostatnia): masz pełne i niepodważalne prawo nie zgadzać się ze mną, zachować własne zdanie, całkowicie odrzucić moje uwagi i wyrażone przekonania. Dla mnie to oczywiste, nie jestem aż tak nierozsądny, by przypisywać sobie choćby namiastkę mądrości. Jeżeli jednak dzielisz się swoją opinią, bądź gotów na to, że i ja się nią podzielę. Ty nie masz obowiązku przychylnie traktować moich słów. Ja nie mam obowiązku wysmarowywać się dla Ciebie wazeliną. Zachowajmy szacunek dla naszych indywidualnych praw. Nawet gdy nasze opinie będą w kategorycznej opozycji względem siebie.
PS Czasami i od lat zdarza się, że ktoś zwraca mi uwagę na kategoryczny ton wypowiedzi. Faktycznie, bywa taki. Przypadłość nauczyciela, szkoleniowca i człowieka, który mówi lub pisze tylko wtedy, gdy wreszcie zdołał samego siebie przekonać, że jego słowa mają względny sens. Natomiast z całą mocą pragnę podkreślić, że ten ton nie oznacza braku szacunku dla rozmówcy. Jeśli mnie znasz, to wiesz. Jeśli nie znasz, możesz tylko uwierzyć. Lub nie.