Pandemia bez-duszności: jak COVID nas obnażył?

 

Photo by Rod Long on Unsplash



Pojawieniu się nowego, globalnego zagrożenia towarzyszyły różne reakcje. Typowe dla sytuacji kryzysowej: lęk, umniejszanie, niedowierzanie, wyparcie. Także elementy przesadzonych odruchów, czyli hiperbolizacja. Ale zaistniał również model zachowań, który obnażył nas, odarł ze społecznych kreacji i wyraźnie dowiódł niespójności między naszymi deklaracjami a postępowaniem. 

 

Choć jak zawsze w kryzysie, pojawiły się także reakcje przeciwne, pełne altruizmu i zaangażowania w dzieleniu się sobą z potrzebującymi. Wyrazy zrozumienia, że nie tylko sami mamy jakieś znaczenie na tym świecie. Że liczą się inni, a my liczymy się z nimi. Choć były to zachowania zmienne, niektóre chwilowe, z czasem modyfikowane, ważne jest to, że były. Bo gdyby nie zaistniały, naprawdę nie byłoby już na czym oprzeć nawet tej naiwnej, złudnej wiary w ludzi i ich umiejętność życia.

 

Chwilowa wspólnota interesów

Zacznijmy od stwierdzenia faktu: sprzeciw i argumentacja antycovidowa nie zrodziły się w chwili uzyskania informacji o wirusie, który potrafi być bardzo zjadliwy. Przeciwnie, doświadczyliśmy na początku budującej konsolidacji społecznej: szycie masek dla pracowników służby zdrowia, pomoc udzielana osobom poddającym się dobrowolnej izolacji, akcje informacyjne i modyfikacja zachowań. Można było odnieść wrażenie, że dojrzałe społeczeństwo faktycznie dojrzale zareagowało.

 

Co nas odmieniło...?

Raptem pojawiła się szczelina w tym monolicie wsparcia. I szybko zamieniła się w nieprzebytą rozpadlinę. Co spowodowało tak radykalną zmianę? Nie nowe wiadomości. Nie przekazy medialne. Nawet nie brak zakażeń w najbliższym otoczeniu wielu z nas. Fala gniewu, złości, zaprzeczenia oraz niezgody pojawiła się w chwili... wprowadzenia obowiązku noszenia maseczek. Naraz okazało się, że potrafimy znieść wiele, ale pod warunkiem, że ograniczenie nie dotyczy nas bezpośrednio. 

 

Jaka była kolejność?

I przekonaliśmy się, że kiedy sami doświadczamy restrykcji, choćby drobnych, nasza cierpliwość oraz solidarność błyskawicznie znikają. Bo antymaseczkowy zbiorowy sprzeciw sporej części Polaków miał swój początek zanim poznaliśmy specyfikę działania wirusa, model rozprzestrzeniania się zakażeń oraz skutki i skalę zachorowań. Nie mieliśmy jeszcze dość wiedzy - poza tą, że najbardziej narażone na poważne konsekwencje zakażenia są osoby wiekowe oraz cierpiące na różne choroby.


Mobilizacja przeciw zobowiązaniu

I tu właśnie tkwi najsilniejszy wyraz naszej porażki. Tu przegraliśmy, dowodząc niezmienności natury człowieka - istoty skoncentrowanej na sobie i żyjącej dla siebie. Mimo pozorów stadności, zwanej elegancko "życiem społecznym", naraz pojawili się głosiciele zniewolenia, odkrywcy globalnego spisku, kanapowe autorytety medyczne - objawiające się niespodzianie w setkach tysięcy miejsc w kraju. Nieznane zagrożenie nie zmobilizowało nikogo tak bardzo jak dokonały tego maseczki...


Rozdwojenie wyobraźni

Odpuśćmy spór, który toczy się do dziś niemal wszędzie: przeciwnicy wirusa, twierdzący, że realnie wcale on nie istnieje, czują się zobowiązani do poinformowania o swojej postawie wszędzie gdzie tylko mogą. Tej dyskusji toczyć nie warto. Warto za to zatrzymać w pamięci, że gdy zimą miesiącami chodzimy z twarzami zasłoniętymi szalikiem, chustą, puchatym kołnierzem, kominem lub kominiarką - nie widzimy w tym zagrożenia. Gdy jednak mieliśmy to samo zrobić dla ochrony słabszych...


Inni nie są dość ważni

Nie wiedząc jeszcze nic o specyfice choroby, ale czując dyskomfort z powodu nakazu zasłaniania twarzy i nosa, uznaliśmy, że w imię własnej wygody możemy narazić życie starszych, zagrozić zdrowiu słabszych, zlekceważyć obowiązujące prawo i zasady społecznego współistnienia. Wszystko to rozpoczęło się ZANIM pojawiły się pierwsze doniesienia o sposobie zakupu masek przez instytucje rządowe. W czasie, gdy dominującym przekazem były wiadomości o rosnącej liczbie ofiar.

 

Maska jako symbol wolności

I jest w tym swoisty paradoks. Bo za co miliony ludzi na świecie pokochały "Dom z papieru" i jego zamaskowanych głównych bohaterów? Jakim respektem i niespecjalnie utajoną sympatią darzyliśmy społecznych hakerów, skrywających się pod maską upamiętniającą Guya Fawkesa? I żołnierzy na misjach, chroniących się maskami przed wszechobecnym pyłem. I chirurgów, którzy pracując w maskach dzień po dniu, spędzali w nich kilkanaście razy więcej czasu niż my w tygodniu?


Masko jako akt zniewolenia

Pokochaliśmy i obdarzyliśmy szacunkiem anonimowych bohaterów, wyobrażonych i realnych obrońców wolności, akceptując, że maskowali się, by chronić swą tożsamość przed identyfikacją lub zadbać o bezpieczeństwo operowanych pacjentów. Nagle jednak, w mgnieniu oka, maska symbolizująca wcześniej niezależność, wolność, bezpieczeństwo, walkę z manipulacją lub groźnymi, realnymi przeciwnikami - zaczęła być kojarzona z wartościami przeciwnymi.

 

Wystarczy tak niewiele :(

Dlaczego...? Bo tym razem to my musieliśmy ją nosić. A okazało się, że wcale nie jest to wygodne, przyjemne, komfortowe. I to wystarczyło, abyśmy stworzyli listę racjonalizujących argumentów, ostrzeżeń, zagrożeń, paramedycznych teorii i iluzji. Sam wirus przestał mieć znaczenie. Pamięć i sprzeciw skupiały się na nakazie zasłaniania twarzy. Warto zachować tę myśl na przyszłość. Nawet zamknięcie firm nie wzbudziło tyle emocji ile wątła, lekka, ale obowiązkowa maseczka...


Koegzystencja nigdy nie była łatwa. I nie będzie. (Photo by Rod Long on Unsplash)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gdy pokolenie "Bravo Girl" zakłada "Wysokie obcasy"

Krytyka nie motywuje, tak jak bicie nie wychowuje