"Bo nie będę Cię lubić!" - iluzja dislike'ów
![]() |
Podoba nam się to czy nie - spora część naszego życia towarzyskiego rozgrywa się na Facebooku. To tam dzielimy się zainteresowaniami, tam wyrażamy swoje poglądy. I właśnie do tego serwisu przenieśliśmy dość zaskakujące wzory przedszkolnych zachowań. Dislike'i przekształcają się w realne emocje. Dislike'ami grozimy, reagujemy, wyrażamy sprzeciw. Traktujemy je z taką powagą, że chwilami bywa to aż wzruszające...
Wiara w moc naszych facebookowych polubień, nie lubień i reakcji jest zdumiewająca. Podobnie jak przekonanie, że polubienie strony lub posta, komentarza bądź udostępnienia, stanowią akt łaski, dobro przeliczalne na świadczenia finansowe - a zarazem przesłankę do stawiania wymagań. Firmy, media i niejeden fanpage bloga wciąż zderzają się z reakcjami użytkowników serwisów, którzy ze szczerą wiarą w moc swojego "like'a" starają się im narzucić swoją wolę. A "dislike'iem" dokonać aktu zemsty.
Nie lubię Cię!
"Jak to zrobisz, to będę cię nie lubić!". Każdy, kto ma dzieci lub kontakt z nimi - zna te słowa. Padają z ust przedszkolaków jako najpoważniejsza i najbardziej wyrazista zapowiedź kary. Bo "nie lubić" to niemal podważyć sens Twego istnienia. Odebrać Ci miejsce w świecie. Uczynić niewidzialnym. Dzieci, rzecz jasna, nie rozumieją jeszcze kwestii potrzeby akceptacji. Chcą być jednak lubiane, wydaje im się to niezmiernie ważne. "Nie lubieniem" mogą więc kogoś ukarać najbardziej dotkliwie...
Dorosłe przedszkolaki
Tylko że dzieciom ten drobny akt przemocy (a czasem nieotwarcie wyrażonej prośby, bo i tak bywa) wybacza się równie łatwo jak one zapominają o swym postanowieniu "nielubienia". Z dorosłymi bywa już nieco inaczej. A właśnie ten mechanizm, typowy dla maluchów w wieku przedszkolnym, dorośli przenieśli do internetu. Na Facebooka. Polubieniem strony wyrażają swoje zainteresowanie i aprobatę. Za to "odlubieniem" grożą, manifestują, wywierają presję. Nieskuteczną. Ale o tym nie wiedzą.
Dwie dekady doświadczeń
Stawianie własnych wymagań przed wymaganiami podmiotów prowadzących facebookowe strony oraz ponad przekonaniami i interesem blogerów - to zachowanie, które obecne było od początku istnienia blogosfery i SM. Dziesiątki tysięcy administratorów oraz autorów różnych serwisów już od z górą 20 lat boryka się z tym tematem. Ci słabsi emocjonalnie - niekiedy ulegają. Inni z irytacji usuwają lub porzucają swoje blogi. Kolejni po prostu nauczyli się nie reagować i nie zwracać na to uwagi.
Nie, nie możesz stawiać wymagań
Może więc warto wyraźnie to powiedzieć, mocno zaakcentować, brutalnie podkreślić: Twoje polubienie nie ma znaczenia. Nie czyni Cię współwłaścicielem strony, firmy, bloga czy wydawnictwa. Nie daje Ci prawa do stawiania wymagań. Możesz podzielić się opinią. Możesz dyskutować i wpływać na postrzeganie treści poprzez publikowanie komentarzy. Możesz dodawać uwagi i dopowiadać to, co Twoim zdaniem zostało pominięte. Ale nie możesz niczego wymagać ani narzucać.
Złudzenie mocy sprawczej
Twój like na stronie FB, przy poście z artykułem lub informacją innego typu, pod komentarzem bądź udostępnieniem - nie ma mocy sprawczej. Nie zamieni się w wielką kampanię przeciwników tego czy owego. Nie wywoła burzliwej dyskusji w redakcji ani nie zmartwi blogera. Bo jest tylko liczbą. Ornamentem. Dodatkiem. Bo ludzi mających zdanie podobne do Twojego są tysiące, ale tych mających przeciwną opinię - miliony. Twoje kliknięcie niczego nie zmienia. I nie przyznaje Ci żadnych praw.
Czasem takich spotkasz...
Oczywiście są ludzie, którzy swoją samoocenę opierają na liczbie polubień uzyskiwanych pod zdjęciami, udostępnieniami czy wyrażonymi opiniami. Są tacy, dla których miernikiem popularności, sympatii oraz akceptacji będzie rosnąca wartość kciuków, serduszek i innych piktogramów. Tylko że to są ci sami ludzie, którzy w realnym życiu również przeliczają uśmiechy, wyrazy aprobaty, skinienia i potwierdzenia na skalę swej "popularności" lub akceptacji społecznej.
Uzależnienie i nieistotny margines
Ale aby facebookowe reakcje - pozytywne i negatywne - miały dla kogoś znaczenie, musi on być uzależniony od zewnętrznych bodźców dowodzących aprobaty lub dołujących jej brakiem czy przeciwieństwem. Musi to być ktoś, kto źródło samooceny sytuuje poza sobą, w świecie zewnętrznym, w duszach, sercach i umysłach innych ludzi. Dla osoby o względnie ugruntowanej samoocenie liczba reakcji społecznościowych ma znaczenie marginalne. Często pozostaje wręcz niezauważona.
Niespodziewany podarunek
W przypadku administratorów stron i serwisów, blogerów, dziennikarzy czy redaktorów - like'i i dislike'i pozostają niezauważone. Opinie mają znaczenie, choć wtedy, gdy ich treść zmusza do przemyślenia tematu. Reakcje fanów i przypadkowych gości nie wiążą się z niczym więcej. Choć negatywny komentarz ma pewną wartość na FB. Bo jak każdy komentarz, zwiększa zasięg posta. Czyli jest działaniem na korzyść strony. To właśnie podarowujesz jej swoją krytyką - większy zasięg. :)
Witaj w mrowisku! :)
Nie zmienimy zachowań i przekonań innych ludzi. Możemy jednak modyfikować własne. Warto z większym dystansem podchodzić do systemu reakcji oraz własnych oczekiwań względem autorów treści. To naprawdę tak nie działa: fakt, że coś przeczytasz nie uczyni Cię "pracodawcą" piszącego. Jesteś bowiem tak ważny, jak każda mrówka w mrowisku, a zarazem tak jak ona anonimowy. Ja także taki jestem. Bo to dotyczy nas wszystkich. Może więc warto czasem powściągnąć emocje i nadzieje...?
W kontekście naszych reakcji społecznościowych na różnych stronach w internecie - nie jesteśmy bezwartościowi. Ale i nic nie czyni nas najważniejszym punktem odniesienia. Tę ostatnią rolę przypisujemy sobie nieco za często. :)
Naprawdę sądzisz, że coś tym zmieniasz...? (Photo by Thomas Park on Unsplash)

Komentarze
Prześlij komentarz
Jeśli chcesz skomentować, musisz się pogodzić z nietypowymi zasadami.
Pierwsza: wszystkie komentarze są moderowane - nie lubię linków kierujących do obcych stron, nie akceptuję obrażania komentujących przez inne osoby zamieszczające komentarze. Zaczekaj cierpliwie na pojawienie się komentarza. Albo nie pisz, jeśli nie odpowiada Ci się, że dbam o higienę dyskusji.
Druga: podoba Ci się to czy nie, to ja prowadzę tę stronę. I to ja decyduję, jak ona wygląda oraz jak brzmią teksty. Możesz krytykować, nie przeszkadza mi taka reakcja, jak długo robisz to względnie przyzwoicie. Ale nie licz na skuteczność prób wymuszenia na mnie zmian, z którymi sam bym się nie zgadzał. Chcesz, aby było inaczej...? Mogę Ci pomóc założyć Twój własny blog.
Trzecia: wchodzisz właśnie do cudzego domu - i bynajmniej nie jest to dom publiczny, choć pozostaje otwarty. Przygotuj się więc na to, że gdy rzucisz zabłocone obuwie na środek salonu, gospodarz wymownie oraz stanowczo zwróci Ci na to uwagę.
Czwarta: nic mi nie dajesz, nie przynosisz żadnego podarunku. Wielu mniej doświadczonych użytkowników sieci uważa, że samą swoją obecnością na tej lub innej stronie gratyfikują jej autora. To błędne założenie. Nie sięgasz do kieszeni, aby zapłacić za prenumeratę, pozostaw zatem w kieszeni swoje ewentualne roszczenia. Na uwagi typu: "Jak nie będzie tak jak chcę, to pójdę gdzie indziej" moja odpowiedź zawsze będzie brzmieć tak samo: "Szerokiej drogi, Przyjacielu".
Piąta (i ostatnia): masz pełne i niepodważalne prawo nie zgadzać się ze mną, zachować własne zdanie, całkowicie odrzucić moje uwagi i wyrażone przekonania. Dla mnie to oczywiste, nie jestem aż tak nierozsądny, by przypisywać sobie choćby namiastkę mądrości. Jeżeli jednak dzielisz się swoją opinią, bądź gotów na to, że i ja się nią podzielę. Ty nie masz obowiązku przychylnie traktować moich słów. Ja nie mam obowiązku wysmarowywać się dla Ciebie wazeliną. Zachowajmy szacunek dla naszych indywidualnych praw. Nawet gdy nasze opinie będą w kategorycznej opozycji względem siebie.
PS Czasami i od lat zdarza się, że ktoś zwraca mi uwagę na kategoryczny ton wypowiedzi. Faktycznie, bywa taki. Przypadłość nauczyciela, szkoleniowca i człowieka, który mówi lub pisze tylko wtedy, gdy wreszcie zdołał samego siebie przekonać, że jego słowa mają względny sens. Natomiast z całą mocą pragnę podkreślić, że ten ton nie oznacza braku szacunku dla rozmówcy. Jeśli mnie znasz, to wiesz. Jeśli nie znasz, możesz tylko uwierzyć. Lub nie.